Mateusz Damięcki | Jest wielu aktorów, których role wzbudzają we mnie drżenie, podziw, wzruszenie.


Pochodzi Pan z aktorskiej rodziny, także z aktorstwem miał Pan do czynienia od kołyski. Kiedy zaczęła się Pana przygoda przed kamerą?

Aktorem jest mój tata, stryjek i siostra, mama prowadzi agencję aktorską, aktorami byli także moja babcia i dziadek. Wychowywałem się więc w domu, w którym teatr miał duże znaczenie i jak sięgnę pamięcią, zawsze spędzałem w teatrze dużo czasu. Był to i jest mój chleb powszedni. Nie wyobrażam sobie bez niego życia. Gdy jeżdżę z przedstawieniami po całej Polsce, czasem słyszę od dorosłych osób, że przyszły do teatru po raz pierwszy. To niepokojące, że wiele osób dorasta i żyje, nie mając kontaktu z tą formą kultury. Jeśli chodzi o pierwszy kontakt z planem filmowym, było to w 1991 roku. W wieku 10 lat poszedłem, na własne życzenie, na mój pierwszy casting i… udało mi się go wygrać. Już od wczesnych lat wiedziałem, że chcę zostać aktorem, choć rodzina, zdając sobie sprawę, jak wymagający jest to zawód, wcale mnie do tego nie zachęcała.

Pana jedną z najpopularniejszych, dziecięcych ról była postać w serialu „Matki żony i kochanki”. Jak Pan wspomina tamten okres?

Ciekawie, ponieważ było to dla mnie jedno z ważnych doświadczeń zawodowych – zdobywałem moje pierwsze aktorskie szlify. Od samego początku bardzo poważnie traktowałem moją pracę i mylą się ci, którym wydaje się, że była to tylko dobra zabawa na planie filmowym. Gdy uczestniczę teraz w projektach z udziałem dzieci, widzę jak trudno jest tym małym aktorom, którzy nie potrafią zrozumieć, że jest to po prostu ciężka praca. Wymaga się od nich uwagi i inwencji. A wiadomo – dziecko jest dzieckiem. Wymagając od dziecka profesjonalizmu i pełnego skupienia, co jest koniecznie, by praca nad sztuką czy filmem posuwała się do przodu, tak naprawdę zaprzeczamy jego prawdziwej naturze. Niejednokrotnie pytano mnie, czy straciłem dzieciństwo przez to, że musiałem w tak młodym wieku sprostać zadaniom, które były mi stawiane przez reżyserów, scenarzystów. Nie mam takiego odczucia. Dbali o to moi rodzice. Dzięki nim miałem naprawdę fajne dzieciństwo.

W 2007 roku wystąpił Pan w Tańcu z Gwiazdami, a kilka miesięcy później odbyły się zdjęcia do: „Kochaj i Tańcz”. W jakim stopniu umiejętności nabrane w programie przełożyły się na nagrania do filmu?

Jestem osobą żywą i podrygującą (śmiech). Ponadto, w zawodzie aktora dużą wartością jest zdolność adaptacji. Aktor powinien posiadać tę cechę – to taka swoista MIMIKRA, jak u kameleona. Gdy zostałem zaproszony do „Tańca z gwiazdami” pomyślałem, że być może zdobyte tam umiejętności przydadzą mi się kiedyś do czegoś innego. Kiedy się czegoś podejmuje, to staram się wykonać to rzetelnie, dlatego wziąłem się ostro do pracy. Dotarłem do półfinału TzG nie dlatego, że – jak myślało wiele osób – umiałem tańczyć, tylko dlatego, że naprawdę nauczyłem się tańczyć w trakcie tego programu. Wcześniej umiałem kozaka, którego nauczyłem się dzięki profesorowi Emilowi Wesołowskiemu z Akademii Teatralnej do filmu „Przedwiośnie”. Potrafiłem zatańczyć elementy walca i poloneza, ponieważ tańczyłem te tańce na studniówce. Pomogły też zdolności ruchowe, które udało mi się wykształcić przez pięć lat pływania w szkole sportowej. W momencie, gdy dostałem za zadanie nauczyć się czternastu tańców w TzG – robiłem to z wielką przyjemnością, wiedząc, że to dla mnie jako aktora kolejne cenne doświadczenie i nowe umiejętności.

Podczas studiów był Pan związany z Nowym Teatrem w Warszawie. Czy pamięta Pan swój pierwszy casting do roli teatralnej?

Szczerze mówiąc, nie przechodziłem „prawdziwych” castingów w teatrze oprócz jednego – do „Czwartej Siostry” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Odczuwam pewnego rodzaju światopoglądowy zgrzyt, jeśli chodzi o casting w teatrze – wydaje mi się to wciąż czymś nienaturalnym. Castingi można robić do serialu albo filmu. Wiem, że odchodzi się powoli od modelu teatru repertuarowego, gdzie jest stała ekipa, która w jednym zespole przygotowuje przedstawienia z roku na rok, nie zmieniając swojego składu. Teraz coraz częściej zdarzają się propozycje ról w teatrach impresaryjnych, gdzie dobiera się po prostu paru ludzi, którzy ze sobą współgrają. Ostatnio miałem spotkanie z reżyserem Johnem Weisgerberem do spektaklu „Klaps! 50 twarzy Greya”, granym w Teatrze Polonia w Warszawie. Nie do końca znał on polskich aktorów i po prostu chciał zobaczyć, czy będzie w stanie ze mną pracować, więc na spotkanie musiałem przygotować i zaprezentować monolog i piosenkę. Z kolei w Teatrze Nowym pracowałem razem z Adamem Hanuszkiewiczem, ponieważ szukał on konkretnej postaci. Jako adept, uczący się jeszcze w szkole, odpowiadałem mu przede wszystkim wiekiem, a on nie wyobrażał sobie osoby z pełnym doświadczeniem w roli Kordiana.

 


klaps-fotosy-01-800x533

Materiały Teatru Polonia | KLAPS! 50 TWARZY GREYA |  fot. Ola Grochowska


Gdzie Pan się czuje najlepiej? Na deskach teatru? Czy może przed kamerą na planie filmu, serialu?

Zupełnie tego nie wartościuje. Jestem zawodowym aktorem, przygotowanym przez szkołę i zdobyte już doświadczenie na każdą pracę. Jeśli wymyślą jeszcze jakiś nowy rodzaj aktywności, w której aktor może się spełnić – z przyjemnością podejmę takie wyzwanie, ponieważ wychodzę z założenia, że tym, co aktorowi zagraża jest nuda, rutyna. Dzięki temu, że mogę czasami zagrać w teatrze, a czasami w filmie czy serialu mam pewność, że wciąż się rozwijam.

Jeśli słyszy Pan: „najtrudniejsza rola w życiu” – o jakiej roli Pan myśli?

O żadnej.

O żadnej? Mam tutaj na myśli sytuację, w której rola wymagała od Pana dużej ilości przygotowań, poświęceń np. schudnięcia.

To wszystko zależy od tego, co uznamy za kryterium tej trudności. Jeśli dostaję taką sobie rolę, to staram się zrobić wszystko, aby była jak najciekawsza. Jeśli ktoś mi mówi, że dana rola jest łatwa, to staram się zrobić tak, aby była trudna. Czy trudne jest schudnięcie? Sprostanie wymogom scenariusza to po prostu część mojego zawodu. Czasami muszę tylko nauczyć się tekstu, a czasem też schudnąć czy w inny sposób zmienić swój wygląd. We wszystkie role angażuje się równie mocno i biorę za nią pełną odpowiedzialność. Nie znoszę odcinania kuponów, a najbardziej denerwują mnie takie sytuacje, gdy wręcz jest to wymagane. Staram się więc ich unikać i nie brać udziału w produkcjach, w których niczego się ode mnie nie wymaga poza tym, bym tylko stał, uśmiechał się i dobrze wyglądał.

Aktualnie można Pana spotkać w teatrze STUDIO, teatrze Polonia. Czy obecnie przygotowuje się Pan do jakiejś nowej roli?

W czerwcu w Szczecinie w Operze na Zamku wraz z moją dziewczyną Pauliną Andrzejewską , siostrą Matyldą i aktorem Jackiem Knapem, po części z zespołem Opera na Zamku oraz dziećmi z Akademii Baletowej fundacji „Balet” przygotowaliśmy spektakl dla dzieci „Jaś i Małgosia”. Było to jednorazowe wydarzenie, ale tak jak już powiedziałem – nie ma dla mnie większych i mniejszych ról. Muszę przyznać, że ostatnie półrocze było dla mnie dość karkołomne. W tej chwili gram jednocześnie w dwóch spektaklach stacjonarnych „Klaps! 50 twarzy Greya” w teatrze Polonia i „Oniegin” w teatrze Studio, trzech spektaklach wyjazdowych: „Trzy razy łóżko”, „Dobry wieczór kawalerski” i „Kamienie w kieszeniach”, goszczę na planach dwóch seriali „Na dobre i na złe” TVP 2 i „Na krawędzi 2” Polsatu, czekając jednocześnie na decyzję dotyczącą nowej produkcji, tym razem zagranicznej. Jestem pełen nadziei, że uda mi się to wszystko jakoś połączyć.

Oprócz aktorstwa, spełnił się Pan również razem z Modestem Rucińskim jako reżyser i scenarzysta filmu krótkometrażowego pt. „Popołudnie”. Jak wrażenia? Jak to jest być po tej drugiej stronie kamery?

Ważne było dla mnie to, że podjęliśmy się takiego zadania. Poczuliśmy gdzieś w środku, że chcemy to zrobić. Nigdy nie byłem w szkole reżyserskiej, nie uczyłem się tego zawodu. Zrobiłem tylko to, co podpowiadało mi moje dotychczasowe doświadczenie i intuicja.

Odbiegając trochę od tematu. Jaka jest Pana wymarzona rola? Kogo chciałby Pan zagrać jako postać historyczną?

Tadeusza Kościuszkę, jednak traktuję to w ramach takiego „marzenia”, że gdyby film o Tadeuszu Kościuszce miałby powstać w Polsce, to pewnie zrobiłbym wszystko, aby na castingu wypaść jak najlepiej. Śmieje się, że wszystkie doświadczenia, które zbieram do tej pory, służą właśnie tej jednej roli. Umiem jeździć na koniach, byłem kilka razy w Stanach Zjednoczonych i w Petersburgu, gdzie Kościuszko był więziony. Kościuszko mówił w trzech językach, które ja również znam. Myślę, że gdyby zrobić dobrą charakteryzację, to mógłbym go nawet przypominać. (śmiech). Jednak to jest coś, co nie zależy ode mnie. Nie mam żadnej gwarancji, że taki film w Polsce powstanie. Jeśli produkcja miałaby miejsce za granicą – zrobiłbym wszystko, aby dać o sobie znać. Generalnie jednak nie mam ról, o których marzę. Oczywiście mogę sobie żartować, że chciałbym zagrać Jamesa Bonda, ale myśląc zdroworozsądkowo i odrzucając na bok wszystkie infantylne bujanie w obłokach, to na 99% mogę tutaj Pani z ręką na sercu zapewnić, że Jamesa Bonda nigdy nie zagram. Wyznaję filozofię, że w tym zawodzie marzeń lepiej nie posiadać. Lepiej zdać się na los i improwizować. Najczęściej te najpiękniejsze, najbardziej wartościowe role przychodzą niespodziewanie, nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy. Już się przyzwyczaiłem, że w momencie, kiedy wydaje Ci się, że nic się nie dzieje, nagle dzwoni telefon. Idziesz na spotkanie z niemiecką reżyserką Anną Justice, która daje ci rolę uciekiniera z Oświęcimia w filmie „Zagubiony czas”, dzięki której przez pięć kolejnych miesięcy pracy odkrywasz w sobie to, czego w ogóle o sobie nie wiedziałeś.

Kto jest dla Pana niedoścignionym wzorem aktora?

Jest wielu aktorów, których role wzbudzają we mnie drżenie, podziw, wzruszenie. Nie wiem czy mogę mówić o „wzorze”, bo tu wchodzi w grę nie tylko sfera zawodowa, ale też postawa życiowa, charakter. A przecież nie jestem w stanie powiedzieć, jakimi ludźmi są np. mój ukochany Al Pacino czy Robert De Niro. To że są świetnymi aktorami, którzy na stałe wpisali się w panteon aktorskich geniuszy, to jedna strona medalu. A jacy są naprawdę? Mogę przypuszczać, że będąc takimi gwiazdami, mogą mieć dość trudne charaktery czy skomplikowane życie osobiste. Nie wiem, czy znając całą prawdę na ich temat mógłbym powiedzieć, że są to moje niedoścignione wzory. Być może za swoją fenomenalną karierę i za to, że widzowie tak bardzo ich kochają, zapłacili tak wysoką cenę, jakiej ja nigdy nie byłbym w stanie zapłacić. Z bliskich mi osób wzorem jest dla mnie mój dziadek, Dobiesław Damięcki, który zmarł w 1951 roku, więc znam go tylko z opowieści mojej babci, stryja i ojca. Czytałem też książkę babci, w której wiele zostało na jego temat powiedziane. Świat, w jakim żył, był tak inny od naszego, a wybory, których musiał dokonywać, były zgoła odmienne od tych, które ja muszę podejmować, więc trudno byłoby mi go naśladować. Natomiast jego dążenie do autentyczności jest niewątpliwie godne podziwu.

To już ostatnie pytanie – czego możemy Panu życzyć?

Może więcej cierpliwości. Przede wszystkim do dzisiejszych mediów. (śmiech)

 

Rozmawiała – Małgorzata Kociubowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *